Code Rulers

Programując przez Życie

  • Strona Główna
  • Blog
  • Programowanie
    • C#
    • C++
    • SQL
    • PHP
  • Projekty
    • BitRace
    • ReadGame
  • Download
  • Twórczość
  • Usługi
  • O mnie
Przeglądasz: Strona startowa / Blog

Read Game – Potencjał Czytania

By Real_Noname on 02/09/2010

Od bodajże pół roku pracuje w wolnych chwilach nad dosyć osobliwym projektem. Oczywiście biorąc z faktu mojego zamiłowania jest to gra – aczkolwiek gra dosyć jak na dzisiejsze czasy nietypowa. Nie uświadczymy w niej trójwymiaru, efektów specjalnych, cieni ani reszty tego nowoczesnego badziewia, ponieważ głównym tłem rozgrywki gry będzie… tekst.

Gra ma czerpać z korzeni komputerowej rozrywki, gdzie bardziej stawiano na fabułę i klimat. Gracza będą wprowadzać poprzez dialogi, w których możemy wybierać kwestie do wypowiedzenia i czynności do wykonania niczym w starych przygodówkach tekstowych. Co mnie skłoniło do napisania gry o charakterze i mechanice wyciągniętej niemal sprzed 20-30 lat?

A było to ni mniej ni więcej niż zagranie w klasyka gier komputerowych – a mianowicie w Planescape: Torment. Jak pewnie niektórzy starzy wyjadacze pamiętają siła tej gry cRPG nie tkwiła w multum potworków do ubicia, czy setkom cyferek opisujących postać, lecz w tych małych literkach, co składały się na długie, acz fascynujące i klimatyczne dialogi. Gdy raz kolejny przechodziłem przez iście mistrzowsko wyreżyserowaną rozmowę, która czasami tryskała humorem, a innym razem patosem nagle doszło mnie uczucie pojęcia, czym była gruntowna istota tej gry. Jak już wcześniej wspomniałem – dialogi, klimat i fabuła. Całą resztę, łącznie z grafiką uznałem za zbędny dodatek, który może być jak również może i zostać usunięty bez szkody.

Uznałem wtedy, że można by było zrobić taką grę – minimalistyczną w swoich założeniach, lecz wciągająca i grywalna na swój sposób. Sercem byłby świat rozmów, gdzie każde zdarzenie jest opisany dialogiem, czy to z postacią, czy z samym sobą.

Lecz czy istnieje miejsce na takie gry w dzisiejszym świecie? Po dłuższym zastanowieniu stwierdziłem – tak, są. Najgłupszym przykładem mogą chociażby być gry erotyczne sprzedawane na komórki, gdzie wizję takiej gry wypaczono na odwrót. Komórka, pomimo swoich zalet jest urządzeniem zbyt małym by dawała pełnie walorów wizualnych (pewnie znajdą się zastępy co twierdzą inaczej, ale no cóż, tak jest zbudowany świat). Więc dlaczego nie wykorzystać potencjału jaki niesie czytanie i granie w praktycznie każdym miejscu i czasie? W tramwaju, autobusie, samolocie? Jako, że techniczne wymagania spadają wielokrotnie (poza pamięcią na potrzebne dialogi, rzecz jasna) można by to rozwinąć na wiele platform.

Nawet komputer stacjonarny tu ma wiele do zyskania, gdyż brakuje gier, które nie muszą brać całe nasze zainteresowanie, a mogły być gdzieś blisko, na pulpicie, i które by nie przeszkadzały w codziennym życiu. W dzisiejszych czasach komunikatorów, witryn internetowych, programów użytkowych na pewno przydało by się umilenie czasu, które nie uszczupla priorytetom tych pierwszych.

Taka jest moja wizja tej gry – wielofunkcyjny edytor, potrafiący tworzyć pliki „światów” który jest podstawą gry, a następnie sama gra co z niego korzysta. Napisanie której będzie szybkie i mało kosztowne z powodu wymagań technicznych jakie musi spełnić.

Zarówno Edytor jak i Gra w moim wykonaniu przez te pół roku zbliża się do pierwszej Alphy. Czas jest wydłużony ze względu na moje obowiązki i pierwsze kroki, aczkolwiek wyniki są bardzo obiecujące. Zarys fabuły do pierwszej gry też mam gotowy – trzeba go tylko rozpisać na rozdziały, sceny i dialogi. A tych będzie sporo, gdyż planuję intrygę nieliniową.

Całość technologii jakich używam zamyka się w XNA i .NET używając do tego języka C#. Niesamowite wsparcie jakie dają mi tę technologię pozwoliło już mi nie raz skrócić ogromny kawał czasu. I o ile gra na inne platformy pewnie będzie musiała być portowana czy przepisana (co jak wyżej wspomniałem nie powinno stanowić problemów) to Edytor skończony może służyć wszystkim rozwiązaniom.

Zobaczymy co przyniesie przyszłość z tym projektem…

Napisane w Projekty, ReadGame | Otagowane info, projekt, readgame | Leave a response

Delegate i Event’y w C#

By Real_Noname on 01/09/2010

Jako, że już sporo czasu pracuje w C# jako narzędziu, gdzie szybko można robić narzędzia (paradoksalnie) z przyjaznym interfejsem – w dodatku szybko i wygodnie, to w pewnym momencie musiałem dodać do nowej klasy własnego tzw. „Event’a” (trigger’a, wyzwalacz, zdarzenie, czy jak to zwą). Jak to zrobić było oczywiście napisane w Bibliotece MSDN, aczkolwiek trzeba było dokładnie wiedzieć czego się szuka, żeby tam dotrzeć.

No ok – przyjrzyjmy się strukturze tego Event’a.

  1. public event EventHandler CosZrob;

Jak wiadomo słowo „public” udostępnia dane pole klasy na zewnątrz, a „CosZrob” jest nazwą danego pola. „Event” oczywiście deklaruje, że mamy do czynienia ze zdarzeniem. Najciekawszy jest „EventHandler”. Jest to tzw. „delegat”, czyli twór programistyczny wyspecjalizowany w funkcjonalności do przechowywania adresów metod tej klasy, czy innej klasy – widać tu zagubioną funkcjolność C++ do przechowywania adresów metod klas. Samo słowo kluczowe delegate ma trochę więcej funkcjonalności (jak, np. tworzenie beznazwowych metod), lecz nam się przyda do czego innego. „EventHadnler” jest już wbudowanym delegatem, mający już określoną strukturę (dokładniej to posiadający ) – jego deklaracja powinna wyglądać mniej-więcej tak (jak zresztą napisane to jest w MSDN):

  1. public delegate void EventHandler( object sender, EventArgs e );

Jak widać strukturą przypomina deklarację funkcji. Pierwszy argument jest chyba oczywisty, drugi natomiast przedstawia klasę stworzoną w celu właśnie użycia w eventach:

  1. public class EventArgs
  2. {
  3.  public static readonly EventArgs Empty;
  4.  public EventArgs();
  5. }

Jak widać klasa jest prościutka – jest podstawą tworzenia tzw. argumentów zdarzenia. Jako że chce stworzyć zdarzenie posiadające własne argumenty (a nie pusty zapełniacz), więc muszę napisać trochę kodu:

  1. public class CosEventArgs : public EventArgs
  2. {
  3.  public string Cos { get; set; }
  4.  public CosEventArgs( string _Cos )
  5.  {
  6.   Cos = _Cos;
  7.  }
  8. }

Ok, teraz chciałbym użyć tak stworzonego elementu. Dlatego jestem zmuszony stworzyć nowego delegata dla takiego zadania, co by przyjmował moją nową klasę:

  1. public delegate void CosEventHandler( object sender, CosEventArgs ce );

Mała uwaga – wcale nie musimy używać EventArgs przy tworzeniu delegata – możemy go olać. Struktura argumentów może być dowolna – to co teraz piszemy jest po prostu ustaloną konwencją, żeby wszystko miało ręce i nogi – chociaż i widziałem zastąpienie EventArgs np. string’iem.

Ok – jest już EventHandler – teraz należało by go użyć.

  1. public event CosEventHandler CosZrob;

To już jest w praktyce gotowy do działania event – będzie widoczny na odpowiedniej zakładce VisualStudio we właściwościach obiektu. Inna sprawa, że tworzenie Eventu jest bez sensu, o ile go się gdzieś nie będzie wywoływało, np. W jakieś metodzie:

  1. CosZrob.Invoke( this, new CosEventArgs( "Coś Zrobiłem" ) );

A dalej obsługa eventu przebiega tak jak zwykle. Została ostatnia kwestia – pilnowanie, żeby sam Event nie był pusty – wywołanie w takim przypadku metody Invoke, skończy się błędem. Najłatwiej jest to zrobić, ładując do środka metodę – kukłę.

  1. void OnCosZrob( sendet object, CosEventArgs ce ) { }
  2. …
  3. //gdzieś w kodzie inicjującym
  4. CosZrob += new CosEventHandler( OnCosZrob );

Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby dany kod „kukiełkowy” od razu coś robił. Trzeba tylko pamiętać działanie operatora „+=” – wszelkie metody jakie za jego pomocą zostaną przypisane do eventu zostaną wywołane (wszystkie!) przy wywołaniu Invoke. Jeżeli chcemy się jakiegoś pozbyć – używamy operatora „-=”.

Napisane w C#, Programowanie | Otagowane c#, delegate, event, programowanie | Leave a response

WordPress – konwersja z path na domain

By Real_Noname on 31/08/2010

Pracując już dłużej z WordPress’em dostałem zadanie zainstalowania całego serwisu na nowym serwerze. Serwis korzystał ze starej wersji (2.8 bodajże) oraz wtyczki MU (Multi Site, do tej wersji jako plugin), a celem była nowa wersja 3.0.0 która już MU obsłygiwała wewnętrznie. W skutek różnych niuansów w trakcie rozmowy zainstalowałem całość pod strukturę ścieżkową (path install), przez co dostęp do podstron serwisu odbywał się przez dopisanie ścieżki (www.domena.pl/strona/). Jak się okazało – nie o to chodziło. I takim sposobem zostałem postawiony przed zadaniem przemianowania istniejącej instalacji WordPress na strukturę subdomenową (strona.domena.pl).

Wszystko fajnie i tak dalej – ale jak to zrobić?

Wewnętrzne mechanizmy WordPress’a nie udostępniają potrzebnej funkcjonalności – przewidziano tylko, że jak zdecydujemy się na instalacje sieciową (MU) to wybór struktury podstron jest ostateczny i  co najwyżej możemy wszystko zainstalować jeszcze raz. Taki stan rzeczy był dla mnie nie do zaakceptowania. Więc zacząłem grzebać w plikach i w bazie danych.

Pierwsza rzecz jaka się rzuciła w oczy to wpisy w wp-config.php, które powstają po instalacji.

  1. define( ‘MULTISITE’, true );
  2. define( ‘SUBDOMAIN_INSTALL’, false );
  3. $base = ‘/’;
  4. define( ‘DOMAIN_CURRENT_SITE’, ‘domena.pl’ );
  5. define( ‘PATH_CURRENT_SITE’, ‘/’ );
  6. define( ‘SITE_ID_CURRENT_SITE’, 1 );
  7. define( ‘BLOG_ID_CURRENT_SITE’, 1 );

Jak widać wszystko sugeruje, że mamy do czynienia z instalacją ścieżkową. Trzeba poprawić ten fakt.

  1. define( ‘MULTISITE’, true );
  2. define( ‘SUBDOMAIN_INSTALL’, true );
  3. $base = ‘/’;
  4. define( ‘DOMAIN_CURRENT_SITE’, ‘domena.pl’ );
  5. define( ‘PATH_CURRENT_SITE’, ‘/’ );
  6. define( ‘SITE_ID_CURRENT_SITE’, 1 );
  7. define( ‘BLOG_ID_CURRENT_SITE’, 1 );

W praktyce to wszystko co trzeba pozmieniać w plikach na serwerze. Teraz troszkę trudniejsze zadanie  - baza danych.

Na początek do zmian zachęca tabelka pod wiele mówiącą nazwą „wp_blogs” (oczywiście prefix może być inny, ale wiadomo o co chodzi). Są tam wpisy nt. wszystkich aktualnych podstron. Posiada dwa nas interesujące pola – domain i path. Przy instalacji ścieżkowej (path install) pole domain zawiera zwykle domenę główną bez niczego (np. „domena.pl”), a path ścieżkę do strony (np. „/strona/”).

domain = domena.pl
path = /strona/

Należy odpowiednio to zamienić miejscami.

domain = strona.domena.pl
path = /

Dalej trzeba się zainteresować samymi podstronami. Każda ma minimalny układ tabel w postaci „prefix_ID_tabela”. Dla każdej strony należy zajrzeć do tabeli „options” (np. „wp_2_options”) i tam znaleźć dwa wpisy posiadających w polach  option_name wartości „home” i „siteurl”. W nich trzeba dokonać odpowiedniej zamiany z „domena.pl/strona/” na „strona.domena.pl”. Dany zabieg trzeba powtórzyć dla każdej tabeli options każdej z podstron.

Ostatnia rzeczą jaką trzeba wykonać, to zaktualizować posty. W tabeli „posts” (np. wp_2_posts) każda wiadomość ma swój tzw. guid, który między innymi zawiera ścieżkę do danego postu. Należy je zaktualizować, aczkolwiek z uwagi na fakt, że to jest czasochłonne (zwłaszcza przy większej liczbie postów) to można się tu wyręczyć dobrodziejstwami języka SQL i użyć następującego zapytania.

  1. UPDATE prefix_ID_posts SET guid = REPLACE(guid,‘domena.pl/strona/’,‘strona.domena.pl/’);

Dzięki czemu zaoszczędzimy sobie sporo pracy. Praktycznie to wszystko co trzeba wykonać, żeby instalacja działa poprawnie na nowej strukturze.

Napisane w PHP, Programowanie, SQL | Otagowane domain install, mysql, path install, php, programowanie, sql, wordpress | Leave a response

Kopiowanie całych tabel

By Real_Noname on 30/08/2010

Ostatnio podczas swojej pracy dostałem zadanie skopiowania całych podstron WordPress’a (tzw. stron MultiSite). O ile miałem ciężką przeprawę, żeby go przestawić z Path Install na Domain Install, to jednak to zadanie okazało się łatwiejsze.

Większość babrania się polegała na kopiowaniu tabel (i być może ich zawartości – w zależności od widzimisie użytkownika) – sposób na piechotę oczywiście polegał znajomość struktury tabeli w każdej wersji WordPress i jej tworzeniu, a później wystarczy odpytywać serwer o zawartość, żeby ją wysłać ponownie, w skrócie – nie ma lepszego sposobu by zarżnąć swój serwer.

Na całe szczęście – MySQL ma w swoim standardzie przewidziane te sytuacje.

  1. CREATE TABLE new_table LIKE old_table;

Jak widać w tym kodzie nie musimy wiedzieć, jaką strukturę ma stara tabela – Baza Danych sprawdzi to za nas i stworzy odpowiednią kopię.

No, ale jeszcze trzeba przenieść dane.

  1. INSERT INTO new_table SELECT * FROM  old_table;

Ale o dziwo – wcale nie trzeba rozdzielać tych dwóch procesów – można od razu lecieć z kopyta i zrobić dwie rzeczy na raz

  1. CREATE TABLE new_table SELECT * FROM old_table;

I wszystko zostanie wykonane jak za pstryknięciem palcami. Oczywiście wszystkie „modyfikacje” zapytania też mają tu sporo do powiedzenia.

  1. CREATE IF NOT EXISTS new_table SELECT new_field=old_field,second_field FROM old_table WHERE thidrd_field=’3′;

Więc jak widać stare porzekadło „Jeżeli chcesz coś zrobić w PHP – zrób to o wiele szybciej w SQL” dalej ma swoje podstawy istnienia.

Napisane w Programowanie, SQL | Otagowane copy, mysql, programowanie, sql, table, trik | Leave a response

A jak Anonymous

By Real_Noname on 01/11/2009

No i tak kolejny raz zasiadam przed białą kartą Word’a, by spisać kłębiące się w moim umyśle zdania. A było to spowodowane pojawieniem się dziwnych myśli, przy czynności oglądania filmu, wykonywanej jednocześnie w trakcie analizowania wyników symulacji komputerowej zachowania wzmacniaczy operacyjnych z ćwiczenia z laboratorium obwodów elektrycznych (a propo, chyba oscyloskop się zwalił, bo za chińskie pantofle pomiary się nie chciały zgodzić z teorią i symulacją).

Film z tytułu się nazywał „V jak Vendetta” i opowiadał milusi obraz przyszłościowej, totalitarnej Anglii rządzonej przez iście faszystowską partię w sposób, którego nie powstydziłby się nawet Stalin. W tym wszystkim pojawia się tajemniczy bohater w masce, który stwierdził, że taki stan rzeczy jest co najmniej warty rózgi od mikołaja i w akcie altruistycznego obowiązku, jak i prawdopodobnie osobistej zemsty postanowił rozebrać ten cały system w drobne części, a potem wszystko doprowadzić do ładnego „Bum”, gdzie w tle przygrywała ładna, klasyczna uwertura Czajkowskiego (nie, to był rosjanin ;) ).

Niechętnie pomijając fakt, że film był naprawdę wspaniały i był ucztą dla umysłu oświeconego i choć trochę zainteresowaną w psychologie społeczną lub politykę to mnie wgiął w fotel obrotowy dosyć inny, znamienny fakt.

A była to sama maska, jaką nosił bohater – charakterystyczna uśmiechnięta kredowo biała twarz z długimi, wywijającymi się wąsami. Znając już sporą część internetowej kultury, od razu rozpoznałem pierwowzór nowego wizerunku pewnego człowieka-grupy-idei panującego w globalnej sieci – a zwał się Anonymous.

I nie myliłem się – ten charakterystyczny, nowy wizerunek (stary był trudny do założenia jako kostium dla „wyznawców”, ze względu na to, że było to odzienie się w sam garnitur, nie posiadając przy tym kompletnie głowy ;) ) powstał w akcji z 2008 roku, właśnie na cześć filmu „V jak…”, który dosyć trafnie obrazował, czym jest ten twór i dlaczego powstał.

A jest to czysta idea, czy ruch, który sam się zrodził z najdziwniejszych bytów, wiedzy i informacji, które przepływają w ogromnych ilościach codziennie przez internet. Jest to byt, który jest wszędzie i nigdzie, jest każdym, a zarazem nikim, który ma jednocześnie wiele celów i żadnego. Jest to chodzący, fascynujący paradoks nowoczesnej cywilizacji, który wytyka bezlitośnie wszystko co jest głupie i co nie powinno istnieć. Tak samo jak Internet – nie da się go kontrolować i popełnia dobre, jak i złe rzeczy.

Najbardziej chyba znana akcja pod sztandarem Anonymous to tzw. Wojna ze Scjentologią, gdzie podnieśli topór wojenny na tę dziwną, irracjonalną religię na wszystkie znane sposoby w zakresie swobód obywatelskich i wolności słowa. I to wcale nie jedyna ich akcja – było już do tej pory ich kilkadziesiąt, o ile nie kilkaset. Oczywiście w Polsce prawdopodobnie o tym nikt nie słyszał (ach te nasze piękne media), lecz nie szkodzi. Jeżeli u nas kiedykolwiek pojawią się faktyczne próby powszechnej cenzury Internetu – można być pewnym, że pan „Anonimowy” przyjdzie wytknąć śmiechem te głupotę.

Ale i tak najbardziej zapadająca w pamięć scena z filmu jaką teraz będę miał na długo przed swoimi, zmęczonymi od gapienia się w ekran, oczami. A jest to swojego rodzaju osobliwy pochód – pokojowy, a zarazem anarchistyczny, bez agresji, lecz jednocześnie będący amplitudą irytacji tysięcy ludzi, którzy postanowili wyjść wbrew rozkazom strasznego, uciskającego rządu, by powiedzieć w dosyć oryginalny sposób, że delikatnie mówiąc nie lubią go. A zrobili to przez prosty kostium, który każdego z nich zmieniał w symbol człowieka tajemniczego, lecz jednocześnie nie mającego nic do ukrycia ze swoich poglądów. O którym nie wiedzieliśmy nic, ale wiemy, że przedstawia solidarnie każdego z nich. Było to proste przebranie, upodobniającego do pewnego człowieka, który wcześniej chciał w radykalny sposób (mały wybuch mający zmieść z powierzchni ziemi parlament) wykazać swoje niezadowolenie z rządu. Acz zarazem, te przebranie się stało synonim innej idei, jaką jest Internetowy Anonymous. A stało się to za sprawą pamiętliwego pochodu tysięcy ludzi w identycznym, filmowym przebraniu z 2008 roku, zorganizowany, by pokazać wyznawcom Scjentologii, że pomimo Internetowego pochodzenia, sam Anonymous ma siłę pokazać się w świecie rzeczywistym i mieć na niego wpływ.

I właśnie to wszystko mi przypomniało, że pomimo powszechnej głupoty i zepsucia tego świata, dalej istnieje coś, czego nie da się kontrolować i będzie bronić się przed nią, z całych swoich sił.

Lecz jeszcze nie chce skończyć tego na samej idei „pana Anonimowego”, ponieważ swoje pięć groszy dołożył autor komiksu, na którego podstawie powstał film. A jest to proste stwierdzenie, że człowiek będzie całkowicie wolny, praktycznie jedynie w świecie, gdzie panuje całkowita Anarchia.

Ja się z tym całkowicie zgadzam, ponieważ człowiek posiadając wolną wolę, może zrobić wszystko, w tym niszczyć. I to jest Anarchia. Dlatego, by tworzyć potrzebne są zasady, które go ograniczają i kierują. Aczkolwiek tak samo jak nie można pójść w skrajność całkowitej anarchii (która może zrobić wiele dobrego, jak i zarazem wiele złego), tak samo nie można iść w stronę całkowitej kontroli. Wtedy byśmy pozbawili siebie wolnej woli, a zarazem zniszczyli delikatny aparat wyobraźni i twórczości, który służy doskonaleniu człowieka.

Dlatego jestem wyznawcą zasady złotego środka, gdzie bardzo rzadko istnieją rozwiązania skrajne, będące dobre dla wszystkich. Trzeba się liczyć z tym, że często, żeby iść do przodu, trzeba iść na kompromis, bo trzymając się ciasno którejś ze stron, prawdopodobnie będziemy jako całość stać w miejscu…

Lub co gorsza – cofać się. A jak na dzisiejsze czasy, chyba już dosyć cofania.

PS: I znowu mi wyszedł tekst filozoficzno-polityczny ;P

Napisane w Internet, Komputery | Otagowane 4chan, anonymous, b, film, internet, vendetta | Leave a response

Wylęgarnia zadań i pomysłów… pod prysznicem

By Real_Noname on 13/10/2009

Ostatnio będąc bombardowany nową ilością wiedzy w tempie rekordu światowego w nakładaniu na siebie dziesięciu słów na raz podczas wykładu na stołecznej polibudzie natchnął mnie nowy pomysł na artykuł.

A dokładniej to sama idea tematu nie pochodzi z wykładu (jasne, Mechanika raczej rzadko daje studentom pole do nowych odkryć naukowych, kiedy to wałkuje się po raz wtóry te same zasady fizyczne, tylko pod innym kątem przystosowanym pod zarzynanie studentów na sesji). A pochodzi raczej z miejsca, którego wystrzegają się w większości „tró” studenci kierunków informatyki wydziałów nastawionych na zarządzanie zarządzaniem przez odpowiednie zarządzanie – a mianowicie chodzi o prysznic.

O dziwo tak normalne miejsce, gdzie będąc oblewany gorącą wodą, przez którą wiotczeją i rozluźniają się mięśnie (przy okazji zostaje przyspieszona neutralizacja kwasu mlekowego, ale to z innej beczki) może być źródłem inwencji twórczej.

A to wszystko przez to, że będąc zajęty mało zobowiązującą do myślenia czynnością jak szorowanie siebie samego często mój umysł napadają różne dziwne i często absurdalne myśli. Plusem takiej sytuacji jest możliwość wysortowania tych bzdetów, z których z czasem może wyłonić się coś ciekawego.

Ba zdarzają się nawet całe plany dnia, poważne postanowienia, transakcje finansowe, czy mapy strategiczne uderzenia na burger king’a. A serio – czasami warto spisać niektóre z nich na przyszłość do zrealizowanie.

No właśnie – spisać…

Do tej pory rzadko kiedy spisywałem swoje pomysły. Było to głównie spowodowane zajmującym zajęciem ratowania świata z drobną pomocą lenistwa. Aczkolwiek, obecnie będąc na studiach stwierdziłem, że taka banalna rzecz jak notes na notatki (?), pomysły i zadania na dzień dzisiejszy jest coraz bardziej potrzebny – chociażby dlatego by znowu nie zapomnieć, by zrobić wpis na bloga w jakimś normalnym czasie, a nie wzorem gimnazjalisty który co dopiero poznał HaTeMeLa i robi stronkę o swoich skuterach, po czym ją porzuci dla potomnych w nieskończonym czasie.

Więc stworzyłem taki Real-Life To-Do (ale szpanuje znajomością żargonu/angielskiego), według którego obecnie się staram działać. Nosząc go ze sobą zapewniam sobie całodobowy wgląd do zadań, które trzeba zrealizować, zrealizowanych i których mogę zrealizować.

No tak, całodobowy – oprócz jednego miejsca, w którym punkt mojego rytuału dnia musi się odbyć, by móc normalnie się poruszać w ścisku w tramwaju, nie odczuwając wokół siebie pola siłowego zapewniającego mi min. 3m swobody, a jednocześnie utrudniającego kontakt z ludźmi społecznie nazwanymi „normalnymi”. A mianowicie chodzi o prysznic, ze tak paradoksalnie podsumuje…

No tak, ale doskonale sobie zdaję sprawę, że w tym krótkim odcinku jaki dzieli mój pokój a natryski jestem w stanie w jednej chwili zapomnieć ponad 80% wyników prysznicowej burzy mózgu – nie pytajcie mnie dlaczego, możliwe że chodzenie połączone z otwieraniem drzwi za pomocą klucza jest bardziej umysłożerną czynnością, niż szorowanie się.

Czasami mam wrażenie, że w tych 15m kiedyś zgubiłem lek na raka, wieczną sławę i pieniądze z patentu… hmm, to może ja pójdę pod prysznic.

Napisane w Rozrywka, Życie | Otagowane nauka, pomysł | Leave a response

Kreacjonizm, czyli jak nieuk został doktorem…

By Real_Noname on 04/10/2009

Przeglądając ostatnio czeluści Internetu, natknąłem się na temat o stworzeniu świata. Pomimo oczywistych dyskusji nt. fizyki, big Bang i innych tego typu zjawisk, to zainteresował mnie link na youtube , gdzie był film z seminarium nt. stworzenia świata. Jako, że lubię oglądać takie wykłady, a autor linka twierdził, że tam jest prawda, to się skusiłem na obejrzenie potoku słów niejakiego dr Hovind’a…

…który po 15 minutach zamienił się dla mnie w potok kreatywnych, lecz kompletnych bzdur. Złożyło się to z faktu, że przedstawił wiek ziemi, jako 6000 lat (!), że to było za sprawą magicznego „puf” bezpośrednio przez boga (!!) i że wcześniej ludzie żyli normalnie z dinozaurami (!!!). Żeby jeszcze spektaklu nie było końca – dopowiedział do tego, że otworzył specjalny park, gdzie te „prawdy” wpaja dzieciom je odwiedzającym…

Skończywszy to oglądać, i gdy w końcu pozbierałem swoją twarz z szerokiego „Wu Te eF”, stwierdziłem, że muszę się temu przyjrzeć, bo jeżeli taki niebezpieczny człowiek istnieje i ma doktora, to z tym światem już jest nieodwracalnie ciężko…

Poszukiwania zacząłem najpierw od rozpoznania nurtu – czym jest kreacjonizm? Z tego co się dowiedziałem, jest to odłam chrześcijańsko-katolickiej społeczności, którym konserwatyzm uderzył już kompletnie do głowy i wyprał mózg. Podejrzewam u nich stwierdzenie faktu, że o ile fundamentalni islamiści dosłownie interpretują Koran i wysadzają się w powietrze (ponieważ, ten kto zna Koran, sam stwierdzi, że jest tam o zabijaniu niewiernych i każdy muzułmanin o pełnym rozumie bierze go z dużym przymrużeniem oka), to dlaczego spadkobiercy nauk Chrystusa nie mogą tak robić.

No bo przecież bardziej „boskie” jest stworzenie świata za pomocą pstryknięcia palcami, gdzie nadistota wyższa wystawia ręce znad chmurki i ustawia ręcznie każdego lisa, wiewiórkę czy dinozaura. Bo przecież to nie może być wola boska, że stała się ewolucja, a prorokom przekazał Bóg taki obraz stworzenia świata, by ich tęgie, acz niewykształcone naukowo umysły je pojęły.

Żeby było śmieszniej – większość „naukowców” kreacjonizmu, którzy udowadniają nieprawdę nt. „ewolucjonizmu”, są najzwyczajniej w świecie ofiarami własnego lenistwa i kategorycznie konserwatywnego wychowania. Często „fakty” przez nich przedstawiane nie trzymają się kupy, zawierają błędy obliczeniowe lub są oparte o przestarzałe, nieaktualne lub obalone dane.

Wyjątkiem tu nie jest wspomniany wcześnie „doktor” Hovind – zaglądając w historię jego wykształcenia możemy się dowiedzieć bardzo ciekawych rzeczy. Pomijając fakt, że ukończył dosyć dziwny, nie-akredytowany przez państwo „college” baptystki, to jeszcze przygotował dla ciekawski gwóźdź programu. A mianowicie – dostał doktorat z Uniwersytetu (także nie akredytowanego) na zasadzie korespondencji (!). A dla ciekawskich, radzę przyjrzeć się temu uniwerkowi – podobno można tam dostać różne stopnie naukowe w przeciągu miesięcy (!!).

Mając do dyspozycji takie dowody głupoty (by nie nazywać już tego niedouczeniem i debilizmem kompletnym) całkowicie wykreśliłem kreacjonizm z „faktów” i dokleiłem do „dowodów głupoty ludzkiej”. Niestety – to nie koniec niespodzianek…

Wspomniany na samym początku filmik musiał być przez kogoś dodany – i został przez działacza Gliwickiego Stowarzyszenia Chrześcijańskiego, ba nawet dodali napisy po polsku! A żeby mnie jeszcze dobić do końca, bo to jeszcze dna nie przebiło – w komentarzach zaciekle tych teorii bronił działacz nazywając na prawo i lewo wszystkich zaślepionymi i niedouczonymi…

Czasami, naprawdę tracę wiarę w umysł człowieka…

Napisane w Życie | Otagowane głupota ludzka, kreacjonizm, nauka, religia, wykształcenie | Leave a response

HWDP, JP – WTF?!

By Real_Noname on 12/09/2009

Trochę dawno nie było wpisu – ale spokojnie, wbrew ogólnym plotkom, że porwała mnie trąba powietrzna od wiatraka na moim Procku, to tylko bagnet mi się zaciął na kampanii wrześniowej i dużo czasu zajęła mi jego naprawa.

No, ok – ale o czym ja się dzisiaj będę bezsensownie użalał? Otóż za cel obrałem analizę dziwnego nurtu młodzieżowego jakim jest nielogiczna nienawiść do jedynego organu ścigania, który im zapewnia jako-takie poczucie bezpieczeństwa i dzięki któremu nie latamy na prawo i lewo podcinając sobie gardła nawzajem.

A mowa mianowicie o tym dziwnym, wrogim zachowaniu dzieciaków w stosunku do policji i tej dziwnej modzie na przeklinanie na nich. Ja rozumiem – są ludzie, którym ostro wkopała, zrujnowała życie – dlatego co bardziej ambitni muzycy wykonali utwory raperskie i hip-hopowe by to utrwalić i przestrzec przed tym w przyszłości. Ale – do jasnej cholery – na kiego wyzywać i mieć gdzieś wszystkich funkcjonariuszy?

Ludzie ulicy – jak sami twierdzą – pokrzywdzeni przez nich, wypisują wszędzie gdzie się da napis HWDP, niczym oręż przed życiowym wrogiem – jakim k**wa wrogiem? Przecież oni po to powstali, by nas chronić, i by CHOCIAŻ mieć do kogo się zwrócić, kiedy ciebie okradną, pobiją, czy zabiją rodzinę. Wiem – nie zawsze potrafią pomóc – lecz już sama świadomość, że MOŻNA daje pewną satysfakcję i poczucie, że jest jakieś prawo.

Tak – bo oni tego prawa mają strzec i strzegą. Wiem, że popełniają błędy, jest korupcja i często przymykają oko – ale przecież też mogą popełniać błędy, to też są ludzie! A nie jakieś psy, jak to wielokrotnie bezmózgowi przedstawiają ci pseudoprzedstawiciele „uciskanego społeczeństwa”.
Kiedyś się zastanawiałem dlaczego coś takiego powstało – jest z przyczyn może być znienawidzenie przez starszych poprzedników policji – a tzw. milicji z czasów komuny. Wiadomo – brak wolności, a tacy funkcjonariusze byli idealni do utrzymywania ludności w ryzach – i ta nienawiść do nich przeniosła się na następne pokolenie. Ale do cholery – to BYŁO PRZESZŁO 20 LAT TEMU. Mamy teraz wolny kraj, w którym stróże prawa służą społeczeństwu, A NIE uciskowi.

Ale oczywiście to nie jest jedyny powód – mogę rzec z przekonaniem, że to pewnie był najmniejszy. Prawdopodobnie największym winowajcom są ci „muzycy”, którzy przyuważyli, że gównażeria pozostawiona samemu sobie bez opieki zajętych rodziców, szybko podchwytuje wszystko co daje im możliwość wyżycia się na zakazy.

Bo przecież zawożą z powrotem do szkoły, kiedy się ucieknie na wagary, nie pozwalają pić alkoholu, czy też wlepili mandat za picie tego trunku w miejscu publicznym (swoją drogą – trzeba być niesamowicie tępy lub ślepy żeby dać się tak banalnie dać złapać…) . Buuu, nie mogą płakać, bo przecież są dorośli! (wiek pomiędzy 8 – 16 lat – coraz częściej zdarzają się przypadki beznadziejne w obie strony wiekowe) Więc taki łepek podchwytuje teksty i zaczyna je powtarzać w kółko – baa! Jak napisze na tuzinie murów HWDP to będzie w dodatku fajny wśród kolegów, bo taki kozak z niego!
I oczywiście, przedsiębiorczy pseudomuzycy, zaczęli produkować na potęgę swoje hipho-polo, bo z tego kasa i sława. I po paru latach z tego łajna narodziło się coś, co całkowicie zniechęciło mnie do tego odłamu muzyki – tzw. „pokolenie JP”.

Nie rozumiem co trzeba mieć – kompletny brak szacunku, zespół głupoty beznadziejnej, czy ciężkie dzieciństwo z ojcem pedofilem, żeby wybrać AKURAT TAKI skrót na nowe hasło „przedstawicieli ulicy”. Serio – jak pierwszy raz to usłyszałem, to mi przed oczami stanął papież i nadzieja – czyżby moda na coś lepszego wróciła? Niestety nie.

Po prostu chytry „cfaniak” wpadł na genialny pomysł, że jak pod tymi inicjałami JP ukryje chamskie „jeb**ć policje”, to dzieciaki powtarzające to w kółko w domu nie zwrócą uwagi rodziców – bo przecież mówią o papieżu, prawda? I oczywiście się to dzieciakom spodobało – i zapewniło twórcom kasiore na bazie młodych, jeszcze nie wykształconych umysłach – które przez błędy wychowawcze nie mają wyobraźni, żeby sobie zdać sprawę, jakby ten świat wyglądał bez policji…

Przez to moje uczulenie na tę „modę” wzrosło już 4-krotnie – nie to, że jestem jakimś gorliwym katolikiem, ale przez samo moje uczulenie na głupotę ludzką, którą tak pięknie potrafiłskwitować Einstein, czy chociażby Lem.

Na szczęście – domeną natury jest to, że zawsze można się spodziewać kontrataku – i tu o dziwo policja (zapewne już na skraju możliwości wyczerpana nerwowo, przez ciągłe ściganie gównażeri, przez którą nie mogą się zająć normalnymi sprawami) wyszła ze swoim hasłem „Policja Was Je**e” – w skrócie PWJ (brzmi jak nazwa jakiejś polibudy :D ).

Tak najbardziej śmieszy i jednocześnie żenuje mnie w tym wszystkim fakt, że gdyby wszystkich tych HWDP i JP krzykaczy postawić przed policją w świetle dokonania jakiegoś przestępstwa, bez kolegów, przed którymi się można pokazać (a czasami nawet ich obecność nie wystarcza ;] ) to 90% z nich sika w spodnie na samą myśl o odpowiedzialności – dosłownie.

Sam pamiętam przypadek takiego cwaniaczka w supermarkecie – gość chciał ukraść coś małowartościowego (przepisy jeszcze były inne) i nie chciał przy przyłapaniu się dobrowolnie z tego rozliczyć – wiadomo, wzywamy policję. Ten na ich widok chciał przykozaczyć i walnął „won mi z tymi psami!”… to nie był szczyt jego pomyślunku (wątpię, żeby w ogóle miał jakiekolwiek takie szczyty). Porządne przyłożenie po udach z pałki policyjnej i delikwent narobił w gacie z bólu – dosłownie, obsługa sklepu musiała wietrzyć zaplecze…

Dlatego jak ktoś krzyczy w kółko „JP na 100%” – to warto mu odszczekać „jesteś pier***lnięty? A wyglądałeś w miarę normalnie…”.

Napisane w General, Życie | Otagowane głupota ludzka, hiphopolo, polska | Leave a response

Nowości na stronie

By Real_Noname on 28/08/2009

Minął cały tydzień (roboczy), a ja jeszcze nic nie wpisałem. No cóż – to był dosyć zajęty tydzień. Przede wszystkim nauka – chociaż i tak za Chiny nie rozumiem o co chodzi w tym elektromagnetyzmie :P . Na drugim miejscu praca – bo z czegoś trzeba mieć kasę na drobne wydatki. Na trzecim życie prywatne – bo w końcu trzeba jakoś dbać o znajomych – a nóż jakaś nowa dziewczyna się trafi? (znudziło mi się być samotnym od ostatniego zerwania).

Dopiero gdzieś na szarym końcu widnieje zajęcie z wygrawerowanym napisem „Hobby” – do którego między innymi zalicza się kodzenie oraz prowadzenie strony internetowej (dokładniej dwóch – ale druga nie wymaga takiej uwagi).

Oczywiście to nie oznacza, że kompletnie nic nie zrobiłem – jak niektórzy już pewnie zauważyli, wprowadziłem system komentarzy. Praktycznie do wszystkich wpisów na blogu można dołączyć swoje parę zdań.

Doszedł też nowy dział „Programowanie” – będę tam umieszczał artykuły związane z tą dziedziną (w tym sprawozdania z ukończonych projektów, jak i jakieś drobne tutoriale). Oczywiście każdy materiał można skomentować.

Oczywiście wszystkie wprowadzone zmiany nie uniknęły drobnych zgrzytów – np. kolorowanie składni do kawałków kodu w artykułach czasami „wariuje” i koloruje słowa zawarte w innych wyrazach. Mam pomysł jak to naprawić, ale – jest to troszkę czasochłonne i mi się za bardzo nie chce :/ – zostawiam to na inny raz.

No cóż – to chyba na tyle w tym wpisie. Postaram się coś bardziej rozległego dodać w najbliższym czasie (o ile na mnie nie zawali się Mount Book, co teraz obok na mnie czatuje…)

Napisane w Nowości | Otagowane strona, www | Leave a response

1000 odwiedzin wybiło

By Real_Noname on 23/08/2009

No i z wielką uciechą mogę ogłosić, że dziś o godz. 14:20 pojawiła na stronie 1000 osoba od czasu postawienia strony na nowo. Chociaż nie są to „prawdziwe” unikalne odwiedziny (osoba jest liczona tylko raz dziennie), lecz wystarczające by wywołać uśmiech na twarzy webmastera.

Aczkolwiek trzeba powiedzieć, że osoby odwiedzające i aktualnie coś oglądający, a nie bywalcy „razowi”, co zajdą najdalej na główną stronę i od razu uciekają, to niewiele mniej niż połowa z naliczonych ludzi – zakładając, że każda osoba weszła na każdy artykuł/blog tylko raz. Czyli w praktyce można się spodziewać 1/3 tego… 200 osób, które autentycznie coś przeglądały – no cóż też jakieś dobre grono bywalców.

Więc czego ludzie oczekują na stronie? Trudno stwierdzić – nie otrzymałem żadnych maili od założenia strony ponownie, więc nie było jak się dowiedzieć. Prawdopodobnie będę musiał stworzyć system komentarzy do artykułów i bloga, ponieważ znając dzisiejszych internautów – napisanie maila to zbyt duży urywek czasu z dnia (znam z autopsji).

Domyślam się, że powodem dla którego ludzie wchodzą na moją stronę jest fakt, iż kiedyś tu znajdowały się inne rzeczy – artykuły o programowaniu, które dawno temu pisałem. Tu jest na szczęście pocieszenie – wrócą. Prawie skończyłem oskryptowanie gruntu pod ten wjazd treści na stronie, więc można się spodziewać tej małej rewolucji w niedługim czasie.

Do zwykłych tekstów o programowaniu też dojdą inne w oddzielnej kategorii – umieszczone pod wielce tajemniczą i złowrogą nazwą „Teksty” :]. Będę tam umieszczał twory moich przemyśleń na najróżniejsze tematy, więc można to traktować jako „prawie całą resztę” moich zainteresowań poza programowaniem, co tam się znajdą („prawie” – nie zapominajmy jeszcze o dziale „twórczość”).

Dlatego mam nadzieje, że następny hit – 10000 odwiedzin przybędzie szybciej niż się spodziewam (za osiem tygodni :P ) jak uda mi się zrealizować wszystkie plany. Na razie z tej budującej okazji „tysiączki”, tym wszystkim co odwiedzili moją stronę –dziękuje i zapraszam ponownie.

Napisane w Nowości | Otagowane strona, www | Leave a response

Next »

Szukaj

Archiwum

  • Wrzesień 2010
  • Sierpień 2010
  • Listopad 2009
  • Październik 2009
  • Wrzesień 2009
  • Sierpień 2009
  • Luty 2009
  • Marzec 2008
  • Styczeń 2008

Tagi

4chan anonymous b batman copy devil may cry domain install dzieci error film gry głupota ludzka hiphopolo historia hobby info internet joomla komiks komputery kreacjonizm laptop lifting mysql nauka php pisanie polska pomysł programowanie projekt religia simple machines forum slasher sql strona table transformers trik vendetta wordpress www wychowanie wygląd wykształcenie

Copyright © 2010 Code Rulers.

Powered by WordPress and Hybrid.