Niedawno wróciłem z kina stołecznego – w końcu udało mi się wyrwać z codziennego koła czynności i znaleźć trochę czasu na bardziej przyziemne sprawy. A opłacało się – w kinach na szczęście nie poddali się kryzysowi i puszczali odpowiednio długo film, na którym chciałem przesiedzieć swoje dwie godziny – Transformers: Return of The Fallen.
Wiem, niektórzy maniacy kina mogą uznać, że jestem ignorantem dużego ekranu chcąc dobrowolnie iść na ten film. Lecz nie chodziło mi o typowe w przypadku kina wyznaczniki jakości, typu fabuła, klimat, itp. Nie chodziło mi nawet o zapierające dech w piersiach efekty specjalne – chodziło o coś innego. O magię zobaczenia obrazu z dzieciństwa w dorosłym obrazie.
Oczywiście – od strony producenckiej film, jak i jego prequel były robione „po kasę”, ale osobiście mam to gdzieś. Chodzi mi osobiście o sam fakt, że idę do kina by zobaczyć coś, czego nie widziałem od młodych lat. Tak – tak się akurat złożyło, że będąc młody akurat byłem w okresie wyzwolenia z komuny i mogłem poprosić o te kapitalistyczne „transformujące traktory”. Pamiętam zainteresowanie i świetną zabawę tymi prostymi w założeniu, lecz dostarczającymi świetnej rozrywki zabawkami.
Pamiętam także – ale już bardziej przez mgłę i chyba tylko parę odcinków – serial animowany z owymi „robotami w przebraniu”, gdzie mogłem zobaczyć, jak bohaterowie moich „legendarnych starć” mogli się poruszać i mówić bez niczyjej pomocy. To były czasy marzeń i beztroski, jakie ma się tylko raz w życiu – i niestety – nie każdy je docenia…
Tymczasem, gdy dwa lata temu poszedłem do kina na ciekawie zapowiadający się film „Transformers” – znów cieszyłem się jak dziecko. Mogłem znów zobaczyć swoich bohaterów, którzy także wydorośleli razem ze mną i z historią tą samą, ale zarazem inną, bardziej poważna. Już widzę te radosne twarze scenarzystów, którzy z tego samego powodu co ja są wniebowzięci, bo mogą się wziąć za projekt, gdzie też zamknięte ich wspomnienia. Tak samo graficy, którzy mają rzadką i niepowtarzalną okazję pociągać za sznurki robotów, podobnie jak to robili w dzieciństwie, ale jednak inaczej i z o wiele większym efektem na wrażenia.
Wiadomo – w filmie tym jak i poprzednim musiało się znaleźć parę zgrzytów – fabuła miejscami kulała – ale czego się spodziewać, po próbie upchnięcia uniwersum i całej palety wątków do jednego filmu. Tak samo główny bohater – wiadomo, trzeba było zrobić z niego idiotę i nieudacznika, by nastolatki czuły się zadowolone po emisji filmu – prawdopodobnie dzięki temu w Stanach Zjednoczonych zdołali uzbierać kasę na sequel o tym samym rozmachu. Nie ważne – ważne jest to, że zobaczyłem to co chciałem zobaczyć.
Podobne uczucie miałem, kiedy oglądałem „nowego” Batmana.
W głowie mi siedział obraz z komiksów i filmów Tim’a Bartona (wizji Shumachera nie liczę, bo były kiepskie) i zawsze się zastanawiałem „co by było gdyby” Batman naprawdę istniał? Był w naszej rzeczywistości i jak by to wyglądało? Nieoczekiwanie jakiś czas temu odpowiedzi dostarczyły mi dwa nowe filmy o Batmanie „Początek” i „Rycerz Gotham”.
Pomimo faktu, że „skacowany Batman” (jak wielu nazywało wersje głównego bohatera zagraną przez Christiana Bale’a) nie do końca był idealny, to jednak zabieg, zastosowany m.in. w filmie „Casino Royale” z serii James’a Bond’a, urealnienia fikcyjnej postaci mi się spodobał. Dosyć trafne, lekko naciągane wyjaśnienia w miarę ładnie wyjaśniały sytuację, co pozwalało na te dwie godziny uwierzyć, że gdzieś tam, w Gotham, Mroczny Rycerz łapie kolejnego superzłoczyńce.
To powoduje, że pomimo oczywistego faktu próby ściągnięcia kasy przez producentów, warto chodzić na takie filmy do kina. Żeby przez chwilę poczuć, że znów możemy wierzyć w ideały i swoją wyobraźnie…
Because, there’s „[i]More than meets the eyes[/i]\”