Ostatnio będąc bombardowany nową ilością wiedzy w tempie rekordu światowego w nakładaniu na siebie dziesięciu słów na raz podczas wykładu na stołecznej polibudzie natchnął mnie nowy pomysł na artykuł.
A dokładniej to sama idea tematu nie pochodzi z wykładu (jasne, Mechanika raczej rzadko daje studentom pole do nowych odkryć naukowych, kiedy to wałkuje się po raz wtóry te same zasady fizyczne, tylko pod innym kątem przystosowanym pod zarzynanie studentów na sesji). A pochodzi raczej z miejsca, którego wystrzegają się w większości „tró” studenci kierunków informatyki wydziałów nastawionych na zarządzanie zarządzaniem przez odpowiednie zarządzanie – a mianowicie chodzi o prysznic.
O dziwo tak normalne miejsce, gdzie będąc oblewany gorącą wodą, przez którą wiotczeją i rozluźniają się mięśnie (przy okazji zostaje przyspieszona neutralizacja kwasu mlekowego, ale to z innej beczki) może być źródłem inwencji twórczej.
A to wszystko przez to, że będąc zajęty mało zobowiązującą do myślenia czynnością jak szorowanie siebie samego często mój umysł napadają różne dziwne i często absurdalne myśli. Plusem takiej sytuacji jest możliwość wysortowania tych bzdetów, z których z czasem może wyłonić się coś ciekawego.
Ba zdarzają się nawet całe plany dnia, poważne postanowienia, transakcje finansowe, czy mapy strategiczne uderzenia na burger king’a. A serio – czasami warto spisać niektóre z nich na przyszłość do zrealizowanie.
No właśnie – spisać…
Do tej pory rzadko kiedy spisywałem swoje pomysły. Było to głównie spowodowane zajmującym zajęciem ratowania świata z drobną pomocą lenistwa. Aczkolwiek, obecnie będąc na studiach stwierdziłem, że taka banalna rzecz jak notes na notatki (?), pomysły i zadania na dzień dzisiejszy jest coraz bardziej potrzebny – chociażby dlatego by znowu nie zapomnieć, by zrobić wpis na bloga w jakimś normalnym czasie, a nie wzorem gimnazjalisty który co dopiero poznał HaTeMeLa i robi stronkę o swoich skuterach, po czym ją porzuci dla potomnych w nieskończonym czasie.
Więc stworzyłem taki Real-Life To-Do (ale szpanuje znajomością żargonu/angielskiego), według którego obecnie się staram działać. Nosząc go ze sobą zapewniam sobie całodobowy wgląd do zadań, które trzeba zrealizować, zrealizowanych i których mogę zrealizować.
No tak, całodobowy – oprócz jednego miejsca, w którym punkt mojego rytuału dnia musi się odbyć, by móc normalnie się poruszać w ścisku w tramwaju, nie odczuwając wokół siebie pola siłowego zapewniającego mi min. 3m swobody, a jednocześnie utrudniającego kontakt z ludźmi społecznie nazwanymi „normalnymi”. A mianowicie chodzi o prysznic, ze tak paradoksalnie podsumuje…
No tak, ale doskonale sobie zdaję sprawę, że w tym krótkim odcinku jaki dzieli mój pokój a natryski jestem w stanie w jednej chwili zapomnieć ponad 80% wyników prysznicowej burzy mózgu – nie pytajcie mnie dlaczego, możliwe że chodzenie połączone z otwieraniem drzwi za pomocą klucza jest bardziej umysłożerną czynnością, niż szorowanie się.
Czasami mam wrażenie, że w tych 15m kiedyś zgubiłem lek na raka, wieczną sławę i pieniądze z patentu… hmm, to może ja pójdę pod prysznic.