Uff, już jakiś czas nie pisałem tutaj.
No, w każdym razie chciałem tutaj się trochę rozpisać o pewnym takim urządzeniu, co „notebook’iem” się często zowie.
Przed świętami wielkanocnymi postanowiłem zrobić pewien eksperyment na rozluźnienie przed maturą. Ot tata rzucił jakiegoś starego laptopa – tak nie wiem sam dlaczego zacząłem mu się przyglądać. Siedział sobie w nim poczciwy Win2k, a procesorek miary mocy 233 MHz dawał siódme poty, by zadowolić swojego właściciela. Jedynie co zwracało uwagę to pamięć – 256 MB – toć to Max Payne by poszedł bez problemów! (Oczywiście gdyby karta grafiki była wyższych lotów…)
W pewnym momencie strzelił mi pomysł do głowy – chwila, przecież ostatnio dorwałem się do oryginalnego Word’a 2007. Może sobie zrobię taki przerośnięty notatnik? Pomysł wydawał się niezbyt problematyczny – a jak wiadomo, takie zwykle okazują się bardzo czasochłonne. No to zakasałem rękawy i wziąłem się do dzieła – w końcu cały tydzień wolnego mam, na te zabawe.
W pierwszej rundzie, muszę przyznać, dostałem niezłego sierpowego – okazuje się, że nowy wynalazek tekstowy Microsoft’u toleruje jako swój nadzór tylko i wyłącznie WinXP w górę. No cóż – miło było cię poznać Win2k… – stwierdziłem wciskając enter przy zgodzie na format dysku.
Po ok. trzech godzinach zakończyła się męka instalacji potworka operacyjnego. Pora głęboko nocna zapraszała mnie na spoczynek do łóżka, dlatego postanowiłem zarzucić AutoPatcher’a, by odwalił za mnie nieprzyjemną robotę instalacji potrzebnego syfu. Wcisnąłem „instaluj”, poszedłem do łazienki, wracam – i zonk. Laptop się powiesił. Niestrudzony, zrobiłem reset i powtórzyłem procedurę przygotowawczą. Znów „instaluj”, odczekanie chwili… i to samo. Już wiedziałem czym się będę zajmował jutro…
Cały następny dzień poświęciłem na zbadaniu problemu. W sumie – wszystko się stało jasne rozkręceniu bebechów delikwenta. Okazało się, że procesor miał źle skręcone chłodzenie…
No cóż – tym razem reszta poszła bez bólu. Zrobiłem mistrzostwo świata i upchnąłem Windows’a XP z SP4, aktualizacje, Office’a 2007 na dysku trochę większym niż 3 GB. Niemożliwe? Też tak myślałem… widać cuda się zdarzają (albo ktoś potrafi pogrzebać w systemie i wywalić np. pomoc, z której i tak korzysta ułamek procenta użytkowników, a zajmuje cenne 150 MB…)
W tej chwili po tych wszystkich zabiegach, dodatkowej optymalizacji, itp., to muszę przyznać, że pacjent sprawuje się doskonale. O dziwo – Word działa o niebo szybciej niż pingwinowski Writer (z pakietu otwartego biura) i dodatkowo (o zgrozo) działa Internet! Co prawda youtube powoduje ostry zgrzyt i pokaz palety czerwonych kolorów na procesorze, to jednak jestem zadowolony z takiego obrotu sprawy.
Niedoświadczeni użytkownicy i początkujący koderzy często wołają, że praca na laptopie to nie jest prawdziwa praca, tylko wylegiwanie się na leżaczku. Co prawda to prawda – na leżaczku wygodnie jest poleżeć. A jeszcze przyjemniej popisać sobie przy tym blog’a, sprawdzić pocztę i wykonać przelew. Kodzić jeszcze nie, bo obecnie brakuje mi kasy na kupno mini potworka, zdolnego udźwignąć Visuala’a. Ale w przyszłości… kto wie.
No i jeszcze oczywiście jeden minus – należało by kupić jakąś folie z izolacją termiczną, bo przecież nie każdy lubi, jak mu w kolana grzeje…