O kurcze pieczone na procku – trochę czasu nie pisałem na tym moim „fikuśnym blogasku!”. No cóż – jako, że ponad dziesięć miesięcy (żeby o okrągły rok nie zachaczyć) nie dawałem znaku życia, to może poinformuje o paru „drobnych” zmianach.
Tak, mature zdałem, tak dostałem się na studia (baa, nawet na polibude stołeczną), tak podciąłem sobie żyły przez sesje…. o nie – chwila tego na szczęście nie zrobiłem, przecież zdałem na drugi semestr xD
A swoją drogą – ciekawe jest życie na studiach. Poznałem tyle nowych twarzy, a tyle nie zdołałem poznać przez urwany film (tak, tak – mieszkam w akademiku), że to czasami przechodzi ludzkie pojęcie. Można nauczyć się sporo nowych rzeczy (jak to na studiach się powinno :]) oraz zmienić deczko podejście do życia. No i oczywiście nie dostałem po facjacie chodząc w godzinach wampirzych po mieście, co można uznać za spory sukces (czyt. miałem cholernego farta).
Obecnie wróciłem po zdanej sesji do swojego „normalnego” domu w mojej mieścinie, co po tych spędzonych 4 miesiącach studyjnych można porównać do podróży międzyplanetarnej z filmu Stargate (a propos – polecam). Znowu można siedzieć beztrosko, wylegiwać się w łóżeczku cały dzień i wychodzić na piwko (i nie tylko) do pub’u za normalne pieniądze (czyt. ceny nie wyliczane z szeregu potęgowego).
Oczywiście większość z tych rzeczy dało się wykonywać w stolicy, tyle że zwykle ciągnęło to za sobą niemiłe konsekwencje pt. „musze zakuwać, bo na wykładzie nie byłem, a deadline blisko”.
No dobra – dosyć tych dywagacji na temat życia z polibudy :]. Pewnie nie raz będe o tym jeszcze pisał…
w końcu nie samym komputerem człowiek żyje