Moje blaszane pudełko, które stanowi mój warsztacik pracy w trudnej doli kodera ma raczej mieszaną historię. Praktycznie do niedawna nigdy nie kupywałem nowego komputera. Zawsze był „z trzeciej ręki”, odkupiony od kogoś, lub części dane w prezencie. Było tak, jak wspomniałem, do niedawna.
W tej chwili sam kupiłem do niego pare rzeczy i to zwykle takie, które były absolutnie niezbędne, tzn: kartę graficzną (stara się sypła), pamięć RAM, nagrywarkę, no i kartę dźwiękową (te wbudowane to sobie w klozecie można spuścić… lub lepiej nie, płyta główna też ważna
). No i ostatnio też tak miało być – kupić nagrywarkę (nową, bo stara padła), i zasilacz (bo za s(t/ł)a(r/b)y) i… coś mnie tchnęło.
Nie było to oczywiście nic w postaci całującej kobiety (a szkoda), lecz spojrzenie na moje blaszane pudełko. Stara obudowa z demobilu sprzed, bagatela, 10 lat stała sobie i zajmowała miejsce. Naszła mnie ochota wydania ostatnich pieniędzy, by coś z tym fantem zrobić (trudno, słuchawki poczekają). Paroma kliknięciami dodałem zamówienie do listy…
Chociaż zanim się zdecydowałem minęło troche czasu – po prostu doznałem szoku, gdy me oczęta ujrzały ogromną liczbę obudów wszelkiej maści i rozmiarów. Było wszystko – od retrowców typu „old-white-ugly”, przez stylizowane na okazje filmów (błyszczące oczy znaku autobotów z tranformerów na przednim panelu), po ogromne serwerówki w kształcie… silnika samochodowego (!!). Jak widać wybór dosyć spory. Ja dysponując niewielką kwotą 120zł wybierałem z raczej niewielkiej listy, ale problem też był. Rada dla wszystkich – patrzcie na rozmiary!! Przy cenach < 200zł, obudowa na zdjęciu może wyglądać ładnie, lecz rozmiarami by była niewiele większa niż dwa pudełka po butach ustawionych na sobie… No i nie mogłem znaleźć żadnej pozycji w tej kategorii cenowej, która by oferowała zakup BEZ zasilacza – no cóż, najwyżej dodatkowy się sprzeda…
Na paczkę od sklepu internetowego czekałem w sumie tydzień. Nie dziwiło mnie to, bo przecież zamówłem ją w piątek po świętach i w dodatku przed końcem roku (remament też boli – wiem dobrze o tym). Ostatecznie przyszedł do mnie dosyć pokaźnych rozmiarów pakunek, a mr. kurier stał i grzecznie prosił o podpis. Z doświadczenia (i opini znajomych o kurierze) wiedziałem by najpierw szukać uszkodzeń na paczce, POTEM podpisać – nigdy odwrotnie. Na szczęście moje obawy były zbędne i paczka w stanie nienaruszonym powędrowała do mojego laboratorium… (czyt. zagraconego pokoju).
Po paru godzinach darcia, rozklejania, podziwiania zasilacza (niejaki Chieftec – może znacie?) i przekłądaniu wnętrzności blaszaka, nastąpił długo oczekiwany koniec. I po pierwszym odpaleniu mojego pseudo-piecyka… nastąpiła dziwna zmiana.
Komputer nie był szybszy, ani wydajnieszy, tym bardziej nie instalowałem niczego innego. Po prostu… było inaczej. Wielka niebieska dioda wesoło świeciła na przednim panelu, a siła swojego oświetlenia mogła konkurować z latarką ręczną. Srebrno-czarna obudowa stała na swoim miejscu i jakby prężyła się – „Patrz – to ja, twój blaszak! TWÓJ niezastąpiony blaszak!”. Po tej małej retrospekcji i korespondencyjnej wizycie u psychoanalityka, stwierdziłem, że podoba mi się nowy wygląd mojego przerośniętego kalkulatora.
No patrzcie – bebechy te same, a jakoś teraz lepiej mi się kodzi w VS’ie… jednak ta gatka o zdrowym przemeblowaniu ma coś w sobie, prawda?